Drip – niestety to nie dla mnie

Drip – niestety to nie dla mnieJakiś czas temu postanowiłam być „kawowo slow” i parzyć ziarenka jedną z metod alternatywnych a jak wiadomo kilka ich jest. Już sama nazwa metody alternatywne ma jakiś urok, na który Ci, co lubią mieć pod górkę (czytaj: ja) łapią się jak lep na muchy. Przygodę zaczęłam od dripa… Jak to się skończyło? Przekonajcie się sami.

Już kilka miesięcy cierpię na kawowe rozemocjonowanie. Właściwie trudno stwierdzić od czego się to zaczęło, chciałabym powiedzieć, że od nieprzepartej pokusy wdrapywania się na smakowe wyżyny ale myślę, że to był powód jedynie pośredni… Najbardziej kuszące były cudne, designerskie gadżety, które zasiliłyby inne gadżety stojące już w mojej szafie (np. przecudnej urody moździerz użyty tylko raz lub niezwykle funkcjonalny opiekacz użyty… no dwa razy na pewno). Ale nie sądźcie, że nie miałam żadnych wyższych celów, bo były one gdzieś tam, tam hen z pewnością;)

Pijąc dobrą kawę budzi się pragnienie, aby smakowała ona tak, jak opisują to bariści wybierający dla nas te specjały. Chcemy powąchać i posmakować mlecznej czekolady, korzennych przypraw, kwiatów, cytrusów, pieprzu, miodowego melona i innych cudów. Z perspektywy jednak mogę stwierdzić, że możemy to osiągnąć jedynie przez częste ćwiczenia a Ci, którzy nie mają za grosz wrażliwości smakowej mogą jedynie poczytać o tym, co mogliby poczuć gdyby…

Po pierwsze teoria! Zaopatrzyłam się więc w fachową literaturę i choć przyznam, że czytało się przyjemnie samo wyposażenie a przede wszystkim 7-punktowy proces parzenia sprawił, że mina mi zrzedła :(  Dzielnie jednak przetrawiłam te informacje – zaopatrzyłam się póki co w plastikowy drip V60, resztę przedmiotów typu filtry, miarka do ziaren (akurat znajdowała się w młynku lub w łyżce stołowej – 1 łyżka = 6 g), miarka do cieczy, stoper znalazłam w domu – i nie były to przedmioty specjalistyczne, których za radą męża (i słuszną jak się okazało) nie kupiłam natychmiast.

Kawę popijam 2 razy dziennie, nie mniej i nie więcej – nie mam ochoty przesadzić z kofeiną a nade wszystko nie chciałabym przedobrzyć bo potem kawowy zastrzyk pobudzający kompletnie na mnie nie działa. Dwa razy dziennie więc czyniłam co następuje:

1. odmierzałam kawę (łyżka na 100 ml wody) i gotowałam wodę

2. dripper ustawiałam, składałam filtr i przelewałam wodą, by go opłukać i ogrzać sprzęty z kubkiem włącznie

3. mieliłam kawę

4. wylewałam wodę i wsypywałam zmielone ziarna

5. zalewałam ziarna wodą, ok. 50 g (o wymaganej temperaturze – po przelaniu do dzbanka trzeba było czekać około minuty na jej delikatne schłodzenie do ok. 92˚C…) poddając je tzw. preinfuzji czy też bardziej poetycko bloomingowi przez około 30 sekund

6. po kolejnych 30 sekundach dolewałam ok. 70 g wody delikatnie poruszając dripem, aby ziarna zaparzały się równomiernie; potem co 20 s kolejne 50 g wody i tak dalej i tak dalej, aż wychodził cały kubek

7. potem poruszałam dripem, aby podtrzymać proces równomiernego parzenia…

No właśnie, cały proces 2 razy dziennie…

Nie zrozumcie mnie źle - nie neguję całego procesu, nie uważam, że jest głupi czy wydumany i wierzę, że przy pomocy dripa i tych kilku minut można wyczarować cudną kawę, co i mi kilkanaście razy się udało. No właśnie zaledwie kilkanaście a z tej metody korzystam zdaje się grubo ponad dwa miesiące.

Drip wymaga skupienia, niepodzielnej uwagi i precyzji. Wtedy też uda nam się przyrządzić satysfakcjonujący napar a nie frustrującą zimną zalewajkę – szkoda dobrego ziarna.

Dla kogo jest drip?

  • Dla tych, którzy kawowe poranki (południa czy wieczory) spędzają w spokoju – nie piszę dla tych, co mają dużo czasu bo czasu aż tak znowu wiele na to nie potrzeba, jednak czasu nieprzerywanego innymi czynnościami
  • Dla ludzi rzetelnych i solidnych ;) innymi słowy trzymających się w miarę instrukcji
  • Tych, których nie irytuje wielość sprzętów potrzebnych do codziennych czynności

Dla kogo nie jest?

  • Nie dla tych, którzy stale muszą dzielić swoją uwagę (np. matek – parzenie w dripie i krzyczące, stale czegoś potrzebujące i ogólnie absorbujące dzieci i czynność wymagająca mierzenia czasu – to trudne a czasami wręcz niewykonalne, woda stygnie, ziarna też, nic nie jest na czas ani równomiernie – po raz kolejny mamy świadomość, że dobra kawa idzie do kosza… no ewentualnie można zrobić sobie peeling ale codziennie? Tego nie wytrzyma żaden naskórek).
  • Nie dla marzycieli, którzy po 10 sekundach zapominają o bożym świecie i dripie stojącym na blacie bo są już na Malediwach)
  • No i nie dla tych, co myślą, że 20 sekund stania bezczynnie to marnotrawstwo czasu i biorą się np. za wstawianie naczyń do zmywarki
  • Acha, Ci co mają koleżanki potrafiące wisieć na telefonie godzinami też mogą sobie odpuścić.

A tak na poważnie - gdy masz chwilę niezmąconego niczym czasu to fajna, ciekawa ale pracochłonna metoda, którą docenisz, jeżeli zautomatyzujesz trochę czynności a 15 czy 20 sekund będziesz odmierzał swoim wewnętrznym zegarem. Dla zajętych niecierpliwców polecam szukanie czegoś innego bo parzenie kawy kilka razy pod rząd jest frustrujące, niewdzięczne i nieekonomiczne. Dripper daje dobrą kawę, więc jeżeli nie masz czasu na co dzień może stać się metodą weekendową lub od święta.

Autorka artykułu:
Agnieszka Sarat - Serwisowa Mała Czarna

Agnieszka SaratMasz uwagi co do tego artykułu, chciałbyś o coś zapytać lub podzielić się czymś ciekawym? Dodaj komentarz lub napisz do mnie na adres:
agnieszka@cie-kawa.pl
  Chętnie odpowiem na każde pytanie.

I niech kawa będzie z Tobą! 😄☕️


Add comment

Required fields are marked with *. Every comment is subject to approval.

Author*

Website

Comment*

Please do not type anything here

Checking here, to indicate that you have read and agree to the terms of the Privacy Policy