2020-11-03, 17:31
2020-11-03, 17:31
2020-10-19, 14:05
2020-08-30, 13:46
2020-08-22, 14:56
2020-08-16, 14:15
2020-07-31, 16:35
2020-07-25, 14:15
2020-07-18, 11:30
2020-07-12, 11:29
2020-06-25, 18:17
2020-06-19, 11:30
2020-06-11, 11:31
2020-06-01, 12:33
2020-05-29, 13:08
2020-05-23, 23:14
2020-05-16, 11:23
Kiedyś w czasach studiów miałem przyjemność uczestnictwa w objeździe naukowym historyków, który został zorganizowany dla studentów z Polski i Niemiec przez Uniwersytet we Fryburgu. Przypadł mi wtedy udział w pewnym wydarzeniu, które pamiętam do dziś.
To było w 2001 roku, czyli na trzy lata przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Co za tym idzie, miasta i miasteczka naszego pięknego kraju nie czerpały jeszcze środków z tak szerokiego strumienia dotacji unijnych, jak potem, co też odbijało się na ich wyglądzie. Ogólnie rzecz ujmując zmiana, jaka nastąpiła od tamtych czasów jest ogromna a jej źródła leżą nie tylko w zasobności finansowej rodaków, lecz także w zmianie sposobu myślenia wielu z nich. Widać to również w sferze gastronomii a najbardziej, moim zdaniem, w sposobie serwowania kawy.
Pamiętam jak jeszcze na początku studiów w latach 1998-1999 minionego stulecia w Warszawie było tyle kawiarni, co kot napłakał. Wybór w nich był równie żałosny, co jakość. Być może inaczej sytuacja wyglądała w restauracjach, ale mnie nie było na nie stać, więc się nie wypowiadam. Przypominam sobie jednak, że nie było wielu fajnych miejsc, w których można by było powybierać wśród kaw. Jeszcze gorzej działo się w małych miejscowościach, po których jeździliśmy z koleżankami i kolegami z Niemiec.
Pamiętam jak któregoś dnia wspólnej wyprawy po północno-wschodnich krańcach naszego kraju, trafiliśmy do byłego miasta wojewódzkiego, którego nazwy przez grzeczność nie chcę wymieniać. W jego centrum znajdował się piękny barokowy kościół a niedaleko gmach urzędu miejskiego, w którym znajdowała się ni to restauracja, ni to stołówka, ot taki postpeerelowski skansen gastronomiczny. Mimo to sądziliśmy, że skoro lokal jest w tak ważnej części miasta, to będą obowiązywać w nim nieco wyższe standardy. Choć nie oczekiwaliśmy nie wiadomo czego.
Właśnie tam mieliśmy zarezerwowany posiłek, czyli po raz kolejny kotlet schabowy z ziemniakami i warzywnym dodatkiem, który wszędzie nam podawano, gdyż niemiecki organizator postanowił, by na trasie przejazdu naszej grupy znalazły się jakieś typowe i smaczne polskie dania. Jednak z jakiegoś powodu nie ustalił z restauratorami dokładnie, jakie to mają być dania, a także nie poprosił, żeby się nie powtarzały. Wszędzie więc podawano nam schabowego sądząc, że nie ma już bardziej polskiego i wyśmienitego smakołyku pod słońcem. Widząc w ciągu tygodnia po raz czwarty lub piąty kawałek rozbitego mięsa w panierce z bułki, gotowane ziemniaki i marchewkę z groszkiem, wszyscy jak jeden brat, Niemcy i Polacy, dostawaliśmy napadu niepohamowanego śmiechu. Jeden z kolegów zza Odry powiedział nawet, iż nie przypuszczał, że schaboszczak (niem. das Schnitzel) jest w Polsce daniem narodowym, do tego jedzonym dzień w dzień. Wydawało mu się, że jest to potrawa typowo austriacka, z której słynie chociażby Wiedeń. Skąd inąd miał rację.
O ile nieszczęsnego sznycla dało się jeszcze obrócić w żart, o tyle z kawą było już gorzej. Po posiłku cztery niemieckie koleżanki postanowiły sobie zamówić kawę ekstra. Nie było jej w menu wyjazdu, więc trzeba było zapłacić za nią oddzielnie. Kelnerka przyjęła zamówienie i po kilku minutach pojawiła się z powrotem niosąc w rękach pełną tacę.
Oj, trzeba było zobaczyć miny tych dziewcząt. Po prostu wyglądały jakby na własne oczy ujrzały śmierć z kosą. Pani kelnerka nawet nie zwróciła na to uwagi i wprawnymi ruchami zaczęła stawiać przed klientkami szklanki z czarną i gorącą breją z fusami, jakby miała teflonowe palce u rąk. I żeby nie było, że jest nieelegancko, każda szklanka, choć bez ucha czy metalowego lub plastikowego koszyczka do podnoszenia, została postawiona na „uroczym” spodku z sodowo-wapniowego szkła. Oczywiście na stół powędrowała wielka cukiernica z zawartością, która nie kojarzyła się z pierwszą świeżością. Dosłownie myślałem, że wyjdę z siebie robiąc dobre miny do złej gry, ale to nie był jeszcze koniec.
Oczywiście żadna z niemieckich koleżanek nie wypiła nawet kropli tej kawy, czemu się absolutnie nie dziwię. W końcu nie byliśmy w szkole przetrwania gdzieś w buszu, lecz na autokarowej wycieczce w europejskim kraju. Pani kelnerka widząc, że się zbieramy do wyjścia, była najdelikatniej mówiąc, lekko zdziwiona, że kawy zostały nietknięte. Sądząc po minie, chyba wzięła to do siebie. Mimo to szybko podbiegła do naszego stołu uregulować rachunek. Wyglądało to tak, jakby chciała nam dać do zrozumienia: Nie wyjdziecie stąd bez płacenia cwaniaczki. Tak jakby nam rzeczywiście na tym zależało.
Wobec tego, jedna z polskich uczestniczek zapytała, ile trzeba zapłacić za tę przyjemność. Na to kelnerka, że 40 złotych (!?). Dosłownie w jednej chwili polska część towarzystwa prawie wykrzyknęła: Co? Ile?.. Widać było, że kelnerka przez moment się zmieszała, jednak już po chwili odpowiedziała pewnym głosem i jak gdyby nic się nie stało, że się chyba jednak pomyliła, bo ta kawa faktycznie kosztuje 4 złote za szklankę. Ewidentnie nie było to zagranie uczciwe. Najlepsze jest w tym wszystkim to, że jedna z niemieckich dziewcząt, po zapłaceniu należnych 16 złotych, sięgnęła do portfela i wyciągnęła z niego jeszcze dziesiątkę dając go owej kelnerce w napiwku. Ta oczywiście chętnie przyjęła banknot. Na szczęście wiele się od tamtych czasów zmieniło. Przynajmniej mam taką nadzieję.
Autor artykułu: |