2020-11-03, 17:31
2020-11-03, 17:31
2020-10-19, 14:05
2020-08-30, 13:46
2020-08-22, 14:56
2020-08-16, 14:15
2020-07-31, 16:35
2020-07-25, 14:15
2020-07-18, 11:30
2020-07-12, 11:29
2020-06-25, 18:17
2020-06-19, 11:30
2020-06-11, 11:31
2020-06-01, 12:33
2020-05-29, 13:08
2020-05-23, 23:14
2020-05-16, 11:23
Trochę wspomnień z czasów studenckich, w które wplotłem opowiastkę z moim bułgarskim przyjacielem i kawą w roli głównej. Dialogi przytaczam z pamięci, więc nie są w pełni autentyczne, natomiast oddają sens naszych ówczesnych rozmów na temat drobno zmielonych ziaren.
Kiedyś w czasach studenckich dzieliłem w akademiku pokój z kolegą z Bułgarii. Po zamieszkaniu razem, szybko znaleźliśmy wspólny język. Dzieliliśmy muzyczne zainteresowania, łączył nas światopogląd w wielu różnych sprawach, no i lubiliśmy napić się kawy przy naszych długich pogawędkach. Jeszcze wtedy paliłem papierosy. Czarnemu naparowi musiał towarzyszyć tytoń. Wtedy były to dobre importowane papierosy bez filtra znanej marki, z pustynnym zwierzakiem na opakowaniu, których nie można było dostać w naszym kraju. To zwiększało w nas jeszcze bardziej ochotę do palenia. Częstowaliśmy się nimi tylko podczas wspólnej kawy. Oczywiście palenie jest teraz passe, a pisanie o nim pozytywów, wręcz naganne, ale nie mogłem się oprzeć. Tamten dymek popity małą czarną był naprawdę niesamowity.
Pamiętam, że parzeniem kawy zawsze zajmował się Iwan, bo tak miał na imię mój bułgarski przyjaciel. Robił to w mosiężnym tyglu na palniku gazowym w kuchni, która znajdowała się niemal vis-a-vis naszego pokoju. Ten tygiel był ważnym narzędziem dla Iwana. Zawsze stał na wyeksponowanym miejscu i nawet mimo akademikowego bałaganu, w jego najbliższym otoczeniu panował ład i porządek. Po każdym zaparzeniu kawy naczynie było starannie opłukiwane, przecierane z zewnątrz czystą ściereczką, a potem wracało na swoje stałe miejsce.
Pewnego wiosennego wieczoru Iwan zaproponował mi kubek swojej kawy. Jak zwykle nie odmówiłem, pomimo dość późnej pory. Sięgnął więc dłonią po tygielek i skierował swoje kroki do szafki, w której zawsze przechowywał swoją kawę. Otworzył ją, zajrzał w głąb, i nagle odwrócił się w moim kierunku z lekko zdenerwowaną miną mówiąc:
– Jak mogłem zapomnieć o kawie!? Cholera skończyła się.
Chcąc uratować sytuację, pocieszyłem go:
– Nie ma problemu, też mam kawę, zaparzmy moją.
Przez chwilę na twarzy mojego kolegi pojawiło się lekkie zmieszanie, po czym rzekł:
– Nie obraź się, twoja kawa się do tego nie nadaje. Kawa, którą macie w polskich sklepach to chyba wariant do ekspresu przelewowego lub do zalewania w szklance. Ta, którą pijemy z tygla jest inna.
Właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że faktycznie nigdy w tyglu nie parzyliśmy mojej kawy. Ba! Nawet zrobiło mi się trochę głupio, bo dotarło do mnie, że zawsze to ja korzystam z uprzejmości kolegi pijąc jego kawę, którą przyrządzał na swój sposób, zamiast mojej – której zresztą nigdy pić nie chciał.
Zaciekawiony tą opinią spytałem:
– Dlaczego nasza kawa jest inna?
– Przede wszystkim, jest zupełnie inaczej zmielona. Grubo.
– Grubo? A w Bułgarii mieli się drobniej?
– W Bułgarii, Serbii, w ogóle na Bałkanach kawa jest drobniej zmielona. Ale i we Włoszech występują takie kawy.
Zainteresowany pytałem dalej:
– A dlaczego, jak myślisz?
– Zobaczysz, jak zdobędę naszą kawę. Następnym razem ci pokażę, na czym polega różnica.
W ten, mniej więcej, sposób zakończyliśmy rozmowę o kawie i zmieniliśmy temat.
Minęło kilka dni i znowu usłyszałem od Iwana miłe mej duszy pytanie:
– Kawy?
– Oczywiście! Odparłem równie krótko i właśnie w tym momencie przypomniałem sobie wydarzenie sprzed kilku dni.
– Czyli masz swoją kawę?
– Mam, zaraz zobaczysz, jak drobno jest zmielona i dowiesz się dlaczego.
Pod mój nos trafiła rozwarta paczka świeżo otwartej kawy o miłym i intensywnym aromacie, która rzeczywiście, na pierwszy rzut oka, wyglądała jak cukier puder, tyle że ciemno-brązowy.
– Chodź do kuchni. Zaparzę ją.
W sumie widziałem to wiele razy, więc zdziwiłem się, co takiego właściwie zobaczę, poza tym, co widziałem dotychczas. A może jednak coś przeoczyłem, bo faktycznie, nie obserwowałem wszystkiego jak przez „lupę”.
Tygiel napełniony zimną wodą trafił na palnik gazowy. Po kilku minutach, tuż przed osiągnięciem przez wodę stanu wrzenia – dosłownie na sekundy – do wnętrza naczynia trafiło kilka łyżeczek kawowego pudru. Zaraz potem brązowy kożuszek podniósł się gwałtownie w górę szyjki, jak kipiące mleko, a po ściągnięciu tygla z ognia, opadł równie szybko na dół. I w tamtym momencie wywar był gotowy.
Wróciliśmy z nim do pokoju, na starym zużytym stoliku stanęły dwa kubki, które jeden po drugim napełniły się mocną czarną kawą o wyrazistym zapachu.
– A teraz patrz. Mówiąc to, kolega podsunął mi opróżniony tygiel pod nos, żebym mógł spojrzeć do środka.
– No i co takiego? Odparłem.
– Gdzie są fusy z kawy?
– Fusy? Ach, no tak. Są, to znaczy, jest ich tylko troszkę, naprawdę niewiele, na samym dnie.
– Właśnie. I to jest ta różnica. Ta kawa jest tak drobna, że po ugotowaniu sprawia wrażenie, jakby znikała w wodzie, jak kawa rozpuszczalna. Na końcu fusów jest bardzo niewiele, w przeciwieństwie do kawy grubiej mielonej. Stąd ten smak. Jak widzisz, jest on nie tylko zasługą tygla i sposobu parzenia. Bardzo ważny jest też efekt mielenia.
Rzeczywiście tamta kawa, jak i każda kolejna, była bardzo dobra.
Lubiłem jej smak. Lubiłem też cały ceremoniał parzenia a potem długie rozmowy o Bułgarii, Bałkanach, Turcji, czy jedzeniu innym niż parówki i kajzerki. To wszystko kojarzy mi się z niezapomnianymi czasami studiów. Żeby zachować te chwile, kupiłem sobie potem własny tygielek. Parę razu udało mi się nawet zdobyć tę drobno mieloną kawę, a to z Włoch, a to z Rumunii, a to z Chorwacji. Jednak z czasem straciłem zapał do jej parzenia, a może to wina lenistwa? Dzisiaj serwuję sobie kawę z automatycznego ekspresu. Szkoda, bo to już nie to samo.
Autor artykułu: |